Płacz z samego dna losu

Samotność

Bolesław Leśmian

Wiatr wie jak trzeba nacichać…
Za oknem – mrok się kołysze.
Nie widać świata, nie słychać,
Lecz ja coś widzę i słyszę…

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu
Bezradną wyciąga rękę!
Nie znam obcego mi głosu,
Ale znam dobrze tę mękę!

Zaklina, błaga i woła,
Więc w mrok wybiegam na drogę
I nic nie widząc dokoła,
Zrozumieć siebie nie mogę!

W brzozie mgła sępi się wiotka.
Sen pusty!… Wracam do domu…
Nie! Nikt się z nikim nie spotka!
Nikt nie pomoże nikomu!

Serce siedzi samotnie

życie w otwartej muszli

Charles Bukowski

zabije nas to co oczywiste
oczywiste już nas zabija.
fart nam się skończył.

jak zwykle, dokonujemy przegrupowania
i czekamy.

nie zapomnieliśmy jak się
walczy
ale długa batalia nas
znużyła.

oczywiste nas zabije,
jesteśmy okrążeni przez
oczywiste.

pozwoliliśmy na to.
zasłużyliśmy na to.

ręka przesuwa się po
niebie.
towarowy pociąg mknie przez noc.
płoty połamane.
serce siedzi samotnie.

oczywiste nas zabije.
czekamy, wyzbyci marzeń.

Przełożyli Marcin Baran, Dobrosław Rodziewicz

W zaciśniętej dłoni umarłego

Siedziby

Alejandra Pizarnik

W zaciśniętej dłoni umarłego,
w pamięci szaleńca,
w smutku dziecka,
w ręce szukającej szklanki,
w nieosiągalnej szklance,
w łaknieniu od zawsze.

Przełożyła Krystyna Rodowska

***

Krótki komentarz Kornelii. Alejandra Pizarnik (1936-1972). Poetka argentyńska, córka żydowskich emigrantów z miasta Rovne w dzisiejszej Słowacji.
Melancholiczka walcząca z depresją, fascynowały ją dzieciństwo, ból, wyobcowanie, samotność i śmierć. W wieku 36 lat popełniła samobójstwo podczas przerwy w pobycie w szpitalu psychiatrycznym w Buenos Aires. Połknęła 50 tabletek Seconalu. Ostatnie słowa, które zanotowała, brzmiały:

Nie chcę iść
nigdzie indziej
niż na dno

Wiersz z pewnością posępny i druzgoczący. Mniemam, że w tytule chodzi o siedziby ludzkiej duszy, czy też osobowości, dążącej do harmonii i spokoju.

Ale harmonii nie będzie. Udręczona psyche miota się od śmierci (W zaciśniętej dłoni umarłego), po szaleństwo i smutek. Nawet dzieciństwo czy wspomnienia po nim nie przyniosą ocalenia.

I spokój nie zostanie odnaleziony. Ręka nadaremnie szuka nieosiągalnej szklanki. Łaknienie zbawienia, pragnienie ukojenia nie zostaną ugaszone. Pozostaje tylko iść na dno.

Wymowa w oczywisty sposób mroczna. Niekiedy sumienie się we mnie burzy burzy, gdy zamieszczam takie wiersze. A jeszcze jakaś skołatana dusza to przeczyta i sobie zaszkodzi? Także z tej przyczyny staram się zamknąć blog. Na szczęście nikt tego nie czyta.

A może jestem w jakimś sensie dobrym przykładem? Mimo wszelkich obciążeń, tragicznych zaszłości i lęków wciąż pełznę przez to życie. Do końca nie wiem po co pełznę i niekiedy zazdroszczę odwagi Alejadrze, Sylvii i innym, którzy zdecydowali się na ostateczne wyjście. Ale przecież pełznę. Doczekałam zmiany czasu. Otuliła mnie ciemność, tracę świadomość, przenika mnie nicość. Nieustanne półsenne marzenia biorą mnie mocno w ramiona i może tak naprawdę odeszłam już dawno temu.

Serca panujących cieni

Dzbany

Paul Celan

Przy długich stołach czasu
Ucztują Boże dzbany,
Żłopią do dna oczy widzących i oczy ślepców,
Serca panujących cieni,
Zapadły policzek wieczoru.
Są to najpotężniejsi bibosze:
Podnoszą pustkę do ust jak pełnię,
Nie wylewając za kołnierz jak ja albo ty.

Przełożył Tymoteusz Karpowicz

Noc bezkrwistych dusz

Hora mortis

Georg Heym

Wpędzeni w smutek nieskończonych horyzontów,
Gdzie tylko jedno drzewo w bólu się wiło,
Zapadliśmy się, jak górnicy, w milczenie otchłani
Naszej udręki. W pustce nam serce broczyło.

Smętni jak wichry, w bagnie, koło łąk i krzewów
Opuściliśmy w mroku nasze ręce biedne
I szliśmy dalej wolno, ciesząc się cierpieniem,
Zwierciadła kruche, w które wpada wieczór.

Jak lunatycy, snami ścigani strasznymi,
Co z jękiem wyciągały zewsząd białą dłoń,
Weszliśmy w zatracone obszary jesieni,
Co wzniosła się jak olbrzym i zapadła w noc.

Lecz w kraju chmur, w ciemności, widzieliśmy cienie
Czarnych czapli, słyszeliśmy ich smutny lot
I przepadliśmy, gorzkim dotknięci znużeniem,
Bezkrwiste dusze, które Lety niósł podziemny prąd.

Przełożył Andrzej Lam

Sączy się wilgoć trująca

Jesień na mogiłach wiosennych

Jerzy Liebert

To nic, że piasek powieki rozwarł,
Ziarnami w usta, w uszy się wwiercił -
Przez ziemię głuchą, przez wieko śmierci,
Miasta miłego słyszymy rozgwar.

Jakże go trudno spod czaszki wygnać,
Wrzawą po żyłach przebiega w tętna,
Płynie powietrzem, napełnia cmentarz,
Pod ziemią dzwoni, brzęczy jak sygnał.

Tupot stóp ciągły w mogiły wsiąka,
Tupot nad nami dotąd nie zamilkł.
Mierzą nas w marszu, mierzą krokami,
Wkoło stóp tysiąc po nas się błąka.

Wiatr liście uschłe, wiatr próchna niesie,
Deszcz szary tłucze w wieńce blaszane,
Omywa szary, cmentarny kamień.
Listopadowa wlecze się jesień…

Idą nad nami zmieszani z tłumem,
Krok takt wybija, takt w trumny stuka.
Wiatr krzyże schylił, deszcz wstęgi spłukał,
We mgłach nad nami jak kasztan szumi.

Barwną konnicą, szarą piechotą
Ciągną nad nami w poranki słotne -
Piersi nas bolą, wieńce nas gniotą.
Wieńce blaszane, wstęgi wilgotne!

Niepokój szumi w warszawskim wietrze,
Stada jaskółek w górę wzleciały -
To tylko z chwastów, z ścierni sczerniałych
Wilgoć trująca sączy się w przestrzeń.

Ciągną nad nami, płyną zwycięsko
Kwiaty u hełmów, w lufach gałązki…
O, matko-śmierci! W wietrze się trzęsą
Bezlistne drzewa – rózgi liktorskie!…

Czerwone sztandary wstydu

Po pierwszym uderzeniu

Sándor Kányádi

tylko spokojnie niechaj więc się sączy
jeżeli już trysnęła niech płynie krew
strumieniem żłobi policzki i niesie wieść
każdy w końcu zasłuży by dostać w twarz

bo powinniśmy wcześniej i od wewnątrz
powinniśmy wcześniej rozwinąć zatknąć
czerwone sztandary wstydu już wcześniej

Przełożył Szczepan Woronowicz

Zamek ze śluzu i błota

Przywołanie do porządku

Czesław Miłosz

Krzyczałbyś
Bo ludzkość jest szalona.
Ale komu jak komu, tobie nie wypada.

Z jakiego piasku
i błota i śluzu,
Z jakich zaciekłych drzazg
Ulepiłeś swój zamek przeciw próbie morza,
już dotknięty falą.

Jaki chaos
Dostawał miarę odtąd-dotąd.
Jaki abyssus
Był widziany i przemilczany.
Jaki strach
Przed tym czym jesteś.

Ukazuje się
Ale nie to.
Nazywa się,
Bezimienne zostaje.
Dokonuje się,
a niezaczęte.

Zliże twój zamek
Żałobne morze.

Słodko umierać w młodości

Śmierć

Jan Lechoń

Albo jak boski Goethe, jak stary pan włości,
Gdy zimą kryje pola biała śniegu warstwa,
Do domu poniechawszy wracać gospodarstwa,
Albo jak słodki Shelley umierać w młodości.

O! nie dożyć tych zmarszczek, które brużdżą czoło,
I tej zgody na wszystko, co nam w serce wrasta:
Odejść raczej stąd całkiem, niż wyszedłszy z miasta,
Martwym jeszcze się cieniem włóczyć po nim wkoło.

O! mój blady hoplito! Napnij swoje nerwy
Wszystkim wrogów naporom i losu pociskom,
Wichrom, które w nie sieką, błyskawic rozbłyskom -
Zrób je lirą auzońską, drgającą bez przerwy.

Za żadne skarby nieba nie oddam mej świętej
Pogardy dla wszystkiego, co wzrosło z tej ziemi:
Do końca bić się będę z falami wściekłemi,
A śmierć niech mnie potarga jak żagiel rozpięty.