Coś martwego jest we mnie

Świat zewnętrzny

Michel Houellebecq

Coś martwego jest we mnie, gdzieś tam w głębi duszy,
Brak mi radości, coś mnie jakby trupem czyni,
Bez kawałeczka zimy nigdzie się nie ruszam,
W centrum Paryża żyję niczym na pustyni.

W ciągu dnia kupić piwo wyjdę sobie czasem,
W supermarkecie stoi kilku starszych gości,
Ich nieobecne oczy omijam z łatwością,
Nie mam także ochoty rozmawiać przy kasie.

Nic mi do tych, dla których zawsze byłem chory;
Do psucia atmosfery również miałem talent,
Doznawałem poczucia pustki do tej pory,
A także niepowodzeń, cierpienia i żalu.

Nic nie przerywa nigdy sennego marzenia,
Które jest moim dzisiaj i przyszłość mi plecie.
Ja sam, według lekarzy, jestem sobie winny.

Prawda, trochę się wstydzę, milczeć powinienem;
Ponuro obserwuję płynące godziny,
Pory roku mijają gdzieś w zewnętrznym świecie.

Przełożył Maciej Froński

Ziemia w oczodołach zmarłych

Wzgórza

Ireneusz Iredyński

Wzgórza urosły nad twarzami zmarłych
dziś na nich kozły beczą
stojąc na dwóch nogach
sprawują opiekę nad ciałami młodych
którzy w uścisku
rzucają się prędko
I jeszcze więcej ziemi
wklepują
w oczodoły zmarłych

A nad wzgórzami
na czarnych welonach
latają matki
tych którzy umarli
i beczenie kozła
jak smuga przeszywa
ich ptasie kostki
obleczone w krepę
Wokół wzgórz spadają
rozpylone w sól czarną
co ich ciała zżarła

***

Komentarz Kornelii: Blog nadal jest i pozostanie zamknięty, pomyślałam tylko, że uwieńczyć powinien go utwór posępny i mroczny. Powyższy przygotowałam już do publikacji w ubiegłym roku, przepisałam z tomiku „Muzyka konkretna”, Kraków 1971. Widziałam w teatrze spektakle Ireneusza Iredyńskiego „Dziewczynki” i „Żegnaj, Judaszu” i bardzo mi się podobały. Wcześniej nie miałam wiedzy, że tworzył też tak dobre wiersze. Cóż, Iredyński…Poeta przemocy. Za młodu bity, jako dorosły brał odwet na innych. Swą przyjaciółkę Jadwigę Staniszkis też tłukł, aż najwidoczniej nieszczęsna niewiasta straciła równowagę umysłową i dlatego dziś plecie takie duby smalone…
Wiersz wspaniały, o przemijaniu, o szybkim zapomnieniu, które staje się udziałem umarłych. Rosną nad nimi wzgórza niepamięci. Młodzi, zagrzewani przez kozły lubieżności, rozmnażają się intensywnie, często dosłownie na grobach, a ta nieustana zmiana pokoleń wpycha tych, którzy odeszli, w jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność zapomnienia.

Matki zmarłych, druzgotane przez rwącą rzekę czasu, są bezradne wobec przemijania. Mogą tylko lamentować żałośnie, dręczone przez rozpacz, „sól czarną”. Szybko same odchodzą i giną…

Dodam, że młodzi, teraz ściskający się tak gorąco, wkrótce też zostaną zmieleni przez bezlitosny młyn czasu, razem ze swoimi smartfonami, laptopami Niepojęty nonsens życia. A ja niczego nie pamiętam, zapomniałam siebie, moich zmarłych, pozostały tylko pustka, lęk i ciemność.

Lechoń dla Magnolii

Poniedziałek

Jan Lechoń

Bije dwunasta. Zaczyna się dzień
Mego planety księżyca.
Wkoło ta sama co zawsze ulica,
Koło mnie codzienny mój cień.

Do domu idę w księżycowej smudze,
Ale to nie jest mój dom, ja wiem;
Bóg jak do Pawła powie do mnie:
„Twoje życie jest snem,
I ja cię z niego obudzę”.

***
Komentarz Kornelii: Blog nadal jest zamknięty Wyjątkowo wstawiam wiersz dla Magnolii. Utwór nie do końca depresyjny. Może takie powinno być zakończenie? Ogólnie wierzę, że życie jest krótkim snem między dwoma nicościami. Ale nikt nie może wiedzieć na pewno. 

Kracze ci dusza

Sylwester

Vít Slíva

Na nowy rok
Na zewnątrz cisza
oblepiona śniegiem,
w piecu kilka gwiazd
grzebie w popiele.

Sam z rybią ością.
Oczy aż do dna zamarznięte,
usta z dykty
przybite starymi pocałunkami.

Kracze ci dusza.

Przełożył z czeskiego Franciszek Nastulczyk

Już od dawna pochowany w grobie

Betlejem

Bolesław Leśmian

Sen mię ze snu obudził. Przespałem byt drobny
Gwiezdnej smugi na rzęsach. Śniła się – dlaczego?
Chciałem razem z Magami iść w świat niepodobny
Do żadnego z tych światów. Wiem, że do żadnego!

Biegnę w mrok, byle biegnąć! Może ich dogonię,
Choć mi trudno przeczuciu opierać się złemu.
Już widzę pierwsze stada, śpiące na wygonie
l światła w Bogu ślepych oknach Betlejemu.

Zbliżam się do jaskini. Nigdy lub tym razem!
Chwili tracić nic wolno! Śpiesz się, nędzo ziemska!
Jeden pastuch wbrew cudom drzemie popod głazem,
Budzę go w imię twoje, gwiazdo Betlejemska!

Gdzie Magowie? – „Odeszli. Badacze ich cienia
Głoszą, że wraz z kadzidłem i mirrą i złotem
W kurz się marny rozwiali pod tej karczmy płotem,
Gdzie droga w nicość skręca. – Tyle – ich istnienia.”

Gdzie Maryja? – „Mów o Niej z niebem lub mogiłą.
Nikt nie wie – i nikt dzisiaj nie odpowie tobie.”
A gdzie Bóg? – „Już od dawna pochowany w grobie,
Już szepcą, że go nigdy na świecie nic było!” -

A gdzie jest Magdalena? – „Zapatrzona w zgony,
Przemilczała ból hańby, gdym ją kopnął nogą.
Wracaj tam, skąd przychodzisz – ty śmiesznie spóźniony!”
Nie mam po co i nie mam powrócić do kogo!

Pieścidełko samotności

Wigilia

Józef Czechowicz

kolędo czarujesz a łowisz jak niewód
a rośniesz jedlicznyś żywiczny bór
tak radziśmy cackom i świeczkom i drzewu
co z gęstwin przybyło w zieleni piór
lulajże Jezuniu lulajże lulaj
a ty go Matuniu w płaczu utulaj

królowie i święci w kamiennych portalach
czuwają noc każe natężyć słuch
muzyką sypnęło z wysoka i z dala
zachrzęścił jak perły pierwszy ruch
lulajże Jezuniu

widziadło śnieżycy wyszydza to świszcze
dłoń trędowatą raniące o głóg
wiesz w łunie wigilii śpiewają chórmistrze
krzewino zaiste zrodził się bóg
lulajże Jezuniu lulajże lulaj

ach ślepi ach głodni nakryci gazetą
po bramach śpią ludzie centurie chór
im sianem stajenki jest asfalt i beton
z ciał można ułożyć piękny wzór
lulajże człowieku lulajże lulaj
ulubione pieścidełko samotności

Wśród wypatroszonych wnętrzności

Znak ryby

István Kovács

Jakby było symboliczne,
na metalowej płycie zlewozmywaka
biło cicho serce tej ryby
wśród wypatroszonych wnętrzności,
wyrwane z nich
wciąż biło przerażająco
w mojej dłoni, na linii życia,
zaś w koszu na śmieci
– wśród skrawków naszych paznokci
i pachnących szamponem włosów -
jego puls stał się już irytujący…
Bo człowiek szykuje się właśnie do Wigilii
i nie chce myśleć,
że ma z tym coś wspólnego.

Przełożył Bohdan Zadura

Na oślep iść w smutek głęboki

W trwodze

Bolesław Leśmian

Idź w mrok po senną strawę, zgłodniały tułaczu!
Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać…
Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?
I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?

O, wszyscy, wszyscy przyjdźcie w trwodze i bezładzie!
Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,
Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie
I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?

Twarzy, zewsząd zjawionych jak najwięcej twarzy!
I dłoni – i tej widnej na przestrzał ulicy!…
Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy -
I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!…

Trzeba zejść się gromadnie, byle nie odwlekać…
I pomówić o wszystkim… I przedsięwziąć kroki…
I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać -
I co prędzej – na oślep iść w smutek głęboki…

Żałoba samotności

Melancholia nad późnojesiennym jeziorem

Ingo Baumgartner

maleńkie wydmy
podobne są do drobnych fal
wiatry znad lądu
owiewają wodę jeziora

jesienna pustka
milczące odrętwienie
kołki od sieci rybackich
odbijają jego czerń

mroczne myśli
żałoba samotności
błękit jeziora barwą szarą
melancholia

tylko mewa
życie wśród martwoty
okazuje zdziwienie
z powodu
mojego stanu

Przełożyła kora-kora-kora

melancholie am spätherbstsee

Ingo Baumgartner

winzigen dünen
gleichen die wellchen
landwinde fächeln
seewasser auf

herbstliche leere
schweigende starre
fischernetzpflöcke
spiegeln ihr schwarz

düstergedanken
einsamkeitstrauer
seeblau als grauton
melancholie

nur eine möwe
leben im leblos
zeigt sich verwundert
ob meines sinns

***

Komentarz Kornelii: Ingo Baumgartner (1944-2015) był austriackim politykiem i poetą. Powyższy utwór napisał na dwa lata przed śmiercią. Wiersz jednoznacznie melancholijny, smutny. Późnojesienny, smętny, martwy, mroczny pozornie pozbawiony życia krajobraz jest odzwierciedleniem posępnego nastroju samotnego artysty.

błękit jeziora barwą szarą

Czyli melancholia jest tak mocna i i dławiąca, że nawet błękitne wody jeziora wydają się mieć barwę popiołu.

Mewa – jedyna oznaka życia – zdaje się nie rozumieć tego smutku człowieka. Ale to raczej depresyjny twórca nie pojmuje witalności dziarskiego ptaka i jej się dziwi. Widok mewy zapewne
przyprawia go o ból.

Cóż, jak się w późnojesiennym przedzimowym krajobrazie, czuję dobrze, w każdym razie lepiej, niż latem. Lubię ciemność. O melancholię przyprawiają mnie raczej bożonarodzeniowe światła i cały ten wokółświąteczny zgiełk. Nie lubię, gdy otaczający mnie blask, słoneczny czy inny, tworzy bolesny kontrast do mojej czarnej, udręczonej psyche. Czekam na chmury, mgły i deszcz, dręczy mnie myśl o mrozie, słońcu i śniegu.

Zapewne ucieknę na Święta nad morze, ale nie wiem. Okropnie boli mnie głowa, i to raczej nie menstracyjnie czy migrenowo, ale przeziębieniowo. Ponadto Tatuś znów zapowiada swój rychły zgon. Ile to trzeba się nacierpieć przed śmiercią. A po niej może być jeszcze gorzej.