Wszystko na świecie rozbite

Ach!

Federico García Lorca

Krzyk zostawia na wietrze
cień cyprysu.

(Dajcie mi na tym polu
płakać.)

Wszystko na świecie rozbite.
Zostało tylko milczenie.

(Dajcie mi na tym polu
płakać.)

Horyzont bez śladu zorzy
pokąsały ogniska.

(Już wam przecież mówiłem:
dajcie mi na tym polu
płakać.)

Przełożył Leszek Engelking

W noce rzezi kwitną

Języki zmarłych

Ireneusz Iredyński

O witalne są zmarłych języki
wyrosły nad groby
paprotników dżungla
Jak dinozaur
pamięć się przewali
a one w podmuchach
skręty i wzwody
prężenia i miękkość
dźwięk z nich nie wyjdzie
nie zaklaszczą o podniebne nieba
prężą się w ciszy
i zwisają w ciszy
wystrzępione czerwone w podmuchach
W noce rzezi
kwitną jak paproć
Poza tym powoli twardnieją
przemieniane w węgiel
ten nawóz ziemi

Rozpacz wyryta nie blednie

Piosenka poważna

Raymond Queneau

Mijajcie zegar z dala
on zżera za ćwiercią ćwierć
mijajcie zegar z dala
w nim mieszka śmierć

Wskazówki które się kręcą
wyryją wasze zgryzoty
wskazówki które się kręcą
wyryją wasze kłopoty

Na wszystkich tych pięknych twarzach
uśmiechniętych bezwiednie
na wszystkich tych pięknych twarzach
rozpacz wyryta nie blednie

Mijajcie zegar z dala
on zżera za ćwiercią ćwierć
mijajcie zegar z dala
w nim mieszka śmierć

Przełożył Tadeusz Ross

Włosy Śmierci są siwe

2032

Mark Strand

Jest wieczór w miejscowości X,
gdzie ten, kto niegdyś mnie kochał – Śmierć – siedzi
w limuzynie, kolana przykryte kocem i czeka
na pojawienie się kierowcy. Włosy Śmierci są siwe,
oczy zmalały, policzki straciły dawny blask.
Od lat nie macha już kosą, nie tyka klepsydry.
Czeka na zawiezienie do hotelu „Błękit”, ostatniego
słowa w dziedzinie hotelarstwa, gdzie niekończąca się cisza
nasyca pachnące bzem powietrze, marmurowe ryby
płyną nieruchome w marmurowych morzach,
a… Ale gdzie jest ten, kto ma prowadzić? Ach, oto ona,
schodzi po ogrodowych schodach – obcasy, aksamitna
suknia, złote boa – i posyła całusy drzewom.

Przełożyli Stanisław Barańczak i Irena Grudzińska-Gross

Martwe powieszone słońce

Ciężkie powietrze

Antun Branko Šimić

O dokąd by pójść dzisiaj?
Do pokoju wchodzi moja matka
siada
i patrzy na mnie niemym wzrokiem
Kładę książkę wychodzę z domu
Na skraju pola między czarnymi drzewami
czerwone martwe powieszone słońce
Wychodzę na środek drogi
i krzyczę
z całych sił

Przełożył Julian Kornhauser

Niczego się nie da uzdrowić

Antygona, okruchy

(fragment)

Barbara Korun

na samym końcu ludzie
widziałam komin porośnięty bluszczem
widziałam drzewo wewnątrz domu
które wyrastało gałęziami
przez okno

co mogę powiedzieć po tym
niczego nie da się zmienić
niczego uzdrowić

śmiech
chcę się śmiać
rozproszyć cały smutek
grozę śmierć
śmiechem

(chór)

Przełożyła z języka słoweńskiego Agnieszka Będkowska-Kopczyk

Między granicami bagnisk

Zło

Paul Éluard

Były drzwi jak piła
Były potęgi murów
Zmartwienie bez przedmiotu
Podłoga uprzejmie zwrócona
Ku wygrywającej pominiętej stronie kostki
Były stłuczone szyby
Dramatyczne nagości wiatru rozrywały się o stłuczone szyby
Były wykształcone kolory
Granice bagnisk
Czas wszystkich dni
W opuszczonym pokoju podupadłym pokoju
Pustym pokoju

Przełożył Adam Ważyk

Coś martwego jest we mnie

Świat zewnętrzny

Michel Houellebecq

Coś martwego jest we mnie, gdzieś tam w głębi duszy,
Brak mi radości, coś mnie jakby trupem czyni,
Bez kawałeczka zimy nigdzie się nie ruszam,
W centrum Paryża żyję niczym na pustyni.

W ciągu dnia kupić piwo wyjdę sobie czasem,
W supermarkecie stoi kilku starszych gości,
Ich nieobecne oczy omijam z łatwością,
Nie mam także ochoty rozmawiać przy kasie.

Nic mi do tych, dla których zawsze byłem chory;
Do psucia atmosfery również miałem talent,
Doznawałem poczucia pustki do tej pory,
A także niepowodzeń, cierpienia i żalu.

Nic nie przerywa nigdy sennego marzenia,
Które jest moim dzisiaj i przyszłość mi plecie.
Ja sam, według lekarzy, jestem sobie winny.

Prawda, trochę się wstydzę, milczeć powinienem;
Ponuro obserwuję płynące godziny,
Pory roku mijają gdzieś w zewnętrznym świecie.

Przełożył Maciej Froński

Ziemia w oczodołach zmarłych

Wzgórza

Ireneusz Iredyński

Wzgórza urosły nad twarzami zmarłych
dziś na nich kozły beczą
stojąc na dwóch nogach
sprawują opiekę nad ciałami młodych
którzy w uścisku
rzucają się prędko
I jeszcze więcej ziemi
wklepują
w oczodoły zmarłych

A nad wzgórzami
na czarnych welonach
latają matki
tych którzy umarli
i beczenie kozła
jak smuga przeszywa
ich ptasie kostki
obleczone w krepę
Wokół wzgórz spadają
rozpylone w sól czarną
co ich ciała zżarła

***

Komentarz Kornelii: Blog nadal jest i pozostanie zamknięty, pomyślałam tylko, że uwieńczyć powinien go utwór posępny i mroczny. Powyższy przygotowałam już do publikacji w ubiegłym roku, przepisałam z tomiku „Muzyka konkretna”, Kraków 1971. Widziałam w teatrze spektakle Ireneusza Iredyńskiego „Dziewczynki” i „Żegnaj, Judaszu” i bardzo mi się podobały. Wcześniej nie miałam wiedzy, że tworzył też tak dobre wiersze. Cóż, Iredyński…Poeta przemocy. Za młodu bity, jako dorosły brał odwet na innych. Swą przyjaciółkę Jadwigę Staniszkis też tłukł, aż najwidoczniej nieszczęsna niewiasta straciła równowagę umysłową i dlatego dziś plecie takie duby smalone…
Wiersz wspaniały, o przemijaniu, o szybkim zapomnieniu, które staje się udziałem umarłych. Rosną nad nimi wzgórza niepamięci. Młodzi, zagrzewani przez kozły lubieżności, rozmnażają się intensywnie, często dosłownie na grobach, a ta nieustana zmiana pokoleń wpycha tych, którzy odeszli, w jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność zapomnienia.

Matki zmarłych, druzgotane przez rwącą rzekę czasu, są bezradne wobec przemijania. Mogą tylko lamentować żałośnie, dręczone przez rozpacz, „sól czarną”. Szybko same odchodzą i giną…

Dodam, że młodzi, teraz ściskający się tak gorąco, wkrótce też zostaną zmieleni przez bezlitosny młyn czasu, razem ze swoimi smartfonami, laptopami Niepojęty nonsens życia. A ja niczego nie pamiętam, zapomniałam siebie, moich zmarłych, pozostały tylko pustka, lęk i ciemność.

Lechoń dla Magnolii

Poniedziałek

Jan Lechoń

Bije dwunasta. Zaczyna się dzień
Mego planety księżyca.
Wkoło ta sama co zawsze ulica,
Koło mnie codzienny mój cień.

Do domu idę w księżycowej smudze,
Ale to nie jest mój dom, ja wiem;
Bóg jak do Pawła powie do mnie:
„Twoje życie jest snem,
I ja cię z niego obudzę”.

***
Komentarz Kornelii: Blog nadal jest zamknięty Wyjątkowo wstawiam wiersz dla Magnolii. Utwór nie do końca depresyjny. Może takie powinno być zakończenie? Ogólnie wierzę, że życie jest krótkim snem między dwoma nicościami. Ale nikt nie może wiedzieć na pewno.